Posté le 05.07.2008 par misjedzieciradosc
Znowu dosc spore milczenie, ale tym razem spowodowane choroba.
Malaria dla nas misjonarzy nie jest jakas niespodzianka, jednak za kazdym razem zaskakuje nas. Coraz to zmienia swoje objawy, jakby chciala sie zakamuflowac i dlatego dosc trudno jest nam sie upewnic, ze to napewno malaria. Oczywiscie analysa krwi od razu to wykaze, ale misjonarz jest dosc odporny na chodzenie do szpitala.
Niecale dwa mesiace temu mialam mala malarie, wiec po wzieciu odpowiednich lekarstw nadal oddawalam sie swojej pracy w katechezie i na misji. Zbagatelizowalam oznaki zmeczeia, tlumaczac sobie, ze to koniec roku szkolnego i jest wiele spraw do zakonczenia i dlatego jestem troche zmeczona. Obiecywalam sobie odpoczynek jak tylko praca sie przewali. Tydzien temu, w czwartek, nie czulam sie zbyt dobrze, wiec wzielam dwie tabletki przeciwgoraczce i bolu glowy i do dziela.
W piatek bylo tez dosc trudno, ale trzeba bylo wyplacic nauczycielom pensje, wiec nie bylo czasu na zajmowanie sie soba. W poludnie jednak juz nie dalam rady, wzielam ponownie lakarstwo przeciw malarii, tym razem garaczka sie przyplatala wiec nie dalam rady sie sama wybronic i w ten sposob w sobote po poludniu trafilam do szpitala.
Dopero w srode w poludnie moglam na nowo zobaczyc moj pokoj.... na misji, czyli w domu...
Zbieram sie bardzo wolno, a tu pelno prac porozpoczynanych: malowanie szkoly, naprawa muru w domku dziewczat i czeka jeszcze wylewanie betonu na podworku. Od poniedzialku mysle, ze juz bede mogla jednak sprawdzic co niektore prace i rozpoczac nowe. Czas jest krotki.
Pod konic sierpnia jade do Polski na rok czasu. Po 12 latach pracy misyjnej w tym zakatku Afryki, otrzymalam mozliwosc przezycia roku sabatycznego, wiec zechce go dobrze wykorzystac.
Problem wody nadal jest u nas powazny. nosimy sie z zamiarem wiercenia studni glebinowej, ale to kasztuje fortune! Chyba zaczniemy zbierac gdzie sie da i od kogo sie da, bo pzeciez szkola na 200 dziewczat i dom dla dziewczat z ulicy 30 ( dzien i noc) nie pozwalaja nam czekac z zalozonymi rekami az sie stanie cud. A cudem by musialoby byc zmiana calkowita rurociagu wody w miescie. Wybudowana 20 lat temu, nie przewidywala tak szybkigo wzrostu ludnosci, wiec nie ma na tyle sily by pompowac setki hektolitrow wody.
Wiec co najmniej 15 lat beda prosperowac przy takim stanie rurociagow. Nie jest to wiec zachecajace dla nas. No coz czas pokaze.
Poki co trzymamay sie i lapiemy wode z deszczu...
--
Posté le 05.07.2008 par misjedzieciradosc
Juz prawie koniec roku katechetycznego. Jest on uwienczony przyjeciem Sakramentu Chrztu i I KOmunii sw przez okolo 150 dzieci i mlodziezy z naszej parafii.
Wszyscy ubrani w jednakowy stroj ( tutaj jest bardzo rozpowszechnione ubieranie sie w uniform dla podkreslenia waznosci tego co sie swietuje lub przezywa) W tym roku caly kraj wybral ten sam material na stroj wszelkich celebracji religijnych w kosciele katolickim. Moz nam w Europie jest to trudno zrozumiec, ale tutaj jest to bardzo normalne) dlatego zobaczycie kosciol wypelniony osobami ubranymi tak samo....
Ale nie ubior jest najwazniejszy. Dzieci i mlodziez byli dzis naprawde bardzo przejeci tym co przezywali i tym co im powiedzial kaplan. Podczas dziekczynienia sami zaspiewali piosenke, w ktorej wyrazili swoja radosc z przynalezenia do Chrystusa. Slowa pisenki byly mniej wiecej takie: „ nic ne zdola nas odlaczyc od milosci Chrystusa, Bog wzywa nas, abysmy niesli radosc innym”. A po zakonczeniu Mszy sw, ktora trawala ponad 3 godziny, z wielka radoscia kazdy udal sie do swego domu.
Posté le 05.07.2008 par misjedzieciradosc
Ryt udzielania bialej szaty dla tych, ktorych serce zostalo oczyszczone woda Chrztu sw
Posté le 05.07.2008 par misjedzieciradosc
Posrod grupy dzieci i mlodziezy ochrzszczonych 15 czerwca, trzy dziewczynki z naszego "domu dla dziewczat" orzymaly rowniez Sakrament Chrztu, wiec cala misja swietowala
Posté le 08.06.2008 par misjedzieciradosc
Msza sw dziekczynna za 25 lat istnienia diecezji
Posté le 08.06.2008 par misjedzieciradosc
Powinnam byla napisac o tym 24 maja, ale deszcz, ktory wlasnie nas zalewa, stale zmuszal mnie do interwencji w lataniu dziur, odtykaniu zatkanuch kanalow lub bieganiu po lekarzach z naszymi dziecmi.
Mamy teraz pore deszczowa wiec jest bardzo duzo deszczu a co gorsza zaczynaja sie tez bardzo silne huragany. Mieszkamy blisko morza wiec to nie powinno byc zadziwiajace, ale jednak starzy mieszkancy tego zakatka, sa troche zaskoczeni taka iloscia silnych wiatrow. Za kazdym razem, jak taka wichura przeleci przez maisto, trzeba potem naprawiac wiele szkod: zwalone slupy, zerwane linie elektryczne, powalone piekne drzewa. Czasami tez zdarzaja sie wypadki smiertelne; a to dzieci bawily sie w wodzie, gdzie spadl drute zerwany ze slupa, a to spadajaca wielka reklama przywalila samochod lub przechodnia. W tym roku pora deszczowa troche sie nam smutnawo kojarzy, miejmy nadzieje, ze sie dobrze jednak skonczy.
Przed nami praktycznie juz wakacje, ostatnie zadania kontrolne dzieci i mlodziezy, egzaminy miedzykasowe. Jak zwykle matura bedzie w lipcu albo w sierpniu. Egzaminy dyplomowe tez juz sie rozpoczely.
A dla czego mialam o tym wszystkim pisac 24 maja? Bo to nasze wielkie swieto salezjanskie. Uroczystosc Maryi Wspomozycileki. Tym bardziej uroczyscie obchodzone w tym roku rowniez dlatego, ze Papiez wlasnie Wspomozycielce zawierzyl Chiny.
Przez 9 dni przygotowywalismy sie do tego swieta poprzez nowenne. W sam dzien Wspomozycielki byla, Maryja przeszla ulicami naszej dzielnicy, rzesze ludzi wyszlo na jej spotkanie, moze nawet ci co Jej nie znaja, ale Ona blogoslawila wszystkim, szczegolnie dzieciom co z tak wielka radoscia biegaly i radowaly sie. Procesje u nas maja podwojny cel. Kazda procesja to wyznanie naszej wiary, to swiadectwo naszej przynaleznosci do Chrystusa i Jego Matki. Takie swiadectwo, tutaj , w kraju tak bardzo jeszcze poganskim, pociaga za soba innych. Wiele osob przychodzac potem na nauke katechizmu potwierdzaja to mowiac, ze jak ostatni raz procesja przeszla obok ich domu, jakis niepokoj sie wkradl do ich serca i zaczeli sie zastanawiac dlaczego, az do czasu kiedy zdecydowali sie zapytac sasiadow, czy mozna przyjsc do naszego kosciola.
Na zakonczenie procesji zostala odprawiona uroczysta Msza sw.
Posté le 12.04.2008 par misjedzieciradosc
Krokodyl
Jedna z atrakcji w Yamoussoukro sa krokodyle... Wielkie stado „ pilnuje” palacu prezydenckiego. W tym dniu udalo sie nam zobacyzc tylko trzy, w tym jeden nawet na brzegu, gdyz najprawdopodobnej samica zlozyla jajak w piachu i je pilnowala. Kiedy pracownik zieleni sie zblizal do ogrodzenia ona juz wyskakiwala z wody aby bronic swych jajek.
Posté le 06.04.2008 par misjedzieciradosc
Wyjazd do Yamoussoukro, polozonego 250 km od Abidjanou, polaczylismy z wizyta w dwoch wioskach w celu znalezienia rodzin dzieci, ktore sa w naszym „Domu dla dzieci w trudnej sytuacji”. Szczegolnie zalezalo nam na znalezieniu rodzicow Marysi. Dziwczynka trafila do nas przez policje, znaleziona na targu, gdzie jak twierdzila, zgubila sie i nie mogla odnalezc drogi do domu. Marysia miala wtedy jakies 5.5 roku, gdyz dzis ma 8 lat i juz od ponad dwoch lat jest u nas. Do tego czasu nikt nie zglosil na policje znikniecia dziecka. Z jej opowiadan wnioskujemy, ze dziecko nie bylo w swojej naturalniej rodzinie, ale w rodzinie, gdzie byla wykorzystywana do prac domowych.
Dziewczynka pamieta, ze jej dziadkowie sa w wiosce polozonej niedaleko miasteczka o nazwie « La Côta » Tam wiec musielismy sie udac by zostawic zdjecie, adres , telefon z prosba o kontakt jesli ktos rozpozna dziecko. Dziwnym nam sie wydawalo, ze rodzice przez ten czas nie zaintresowali sie, co sie z dzieckiem dzieje. Ale czasem jest to zrozumiale, poglebiajaca sie nedza, brak srodkow do zycia powoduje, ze ludzie zadawalaja sie jesli ktos inny moze sie zajac ich dzieckiem i ze strachu, aby im nie przypomniano obowiazkow rodzicielskich, nie szukaja go, nie daja znakow zycia. My szukamy dziadkow w La Côta, a moze rodzice z dala obserwuja dziecko, dobrze wiedzac, gdzie mala jest i ze jest jej tam dobrze...
Do miasteczka dotarlismy bez problemow nie liczac, ze musielismy nadrobic drogi o jakies 150 km, a to z uwagi na strajk, jaki byl od rana przy wyjezdzie z miasta. Wojna pozostawila tzw” korytarze”. Kazde wieksze misteczko ma taki korytarz, w ten sposob wojsko panuje nad sytuacja, kontrolujac przeplyw ludzi i nie tylko. Wczesnym rankiem mlodzi ludzie zablokowali ten „ korytarz” wyrazajac przez to swoje niezadowolenie, gdyz ceny zywnosci nagle bardzo podskoczyly do gory. Nie bylo wyjscia, nie mozna bylo z nimi dyskutowac, by nas ewnetualnie przepuscili, fakt, ze jestesmy bialymi byl juz wystaczajaco nieciekawy, wiec lepiej bylo zawrocic i szukac innej drogi. Kosztowalo nas to te 150 dodatkowych kilometrow....
Druga wioska, do ktorej chcielismy pojechac znajduje sie juz duzo blizej naszego celu podrozy, czyli Yamoussoukro, ale za to dobrze ukryta w buszu. Kilka tygodni temu przyszla do nas dziewczynka, w wieku jakies 15 lat, wyglodzona i z ranami na dloni. Poprosilysmy o pomoc siostry Misjonarki Milosierdzia ( od Matki Teresy), gdyz one maja szpital, aby przebadaly panne i zobaczyly co mozna zrobic z ranami na rece. Siostry zajely sie Adja, a my zaczelysmy przygotowywac jej miejsce w naszym domu dla dziewczat, myslac, ze moze potem wyslemy ja na kurs alfabetyzacji i nauczy sie jakiegos zawodu. Historia dosc typowa ; ucielka od kobiety , u ktorej miala pracowac, bo ta ja zle traktowala. Zreszta o tym latwo mozna bylo sie przekonac, patrzac na Adje, na jej ubranie, rece w ranach, wlosy potargane... Po tygodniu pobytu w szpitalu u siostr, okazalo sie, ze dziewczynka nie bedzie mogla do nas wrocic, jest chora na AIDS, wiec nie mozemy jej umiescic z naszymi dziecmi, oddac do sierocinca, tez nie mozna, bo ma rodzine. Jedyne wyjscie to poszukanie rodziny. Panna chetnie opowiadala, gdzie jest jej dziadek, ze to daleko, myslac, ze my raczej tam nie pojedziemy. Kiedy widzialysmy, ze nie ma dla niej innej mozliwosci, jest juz podleczona, regularne wyzywienie tez wzmocnilo jej sily, postawilysmy przylaczyc te historie rowniez do mojego wyjazdu. Jadac wlasnie do tej wioski o nazwie Ketepre, przyszlo nam miec przygode z woda. Pora deszczowa wlasciwie dopiero sie zaczyna, ale deszcze sa obfite. Droga przez busz nie zawsze byla zbyt dobra, ale jakos dalo sie przejechac, i oto w pewnym momencie przed nami pokazala sie kaluza, nie az taka wielka, ale koniecznie trzeba bylo przez nia przebrnac, bo droga byla bardzo waska i zadnej innej mozliwosci. Pomiary zrobione patykiem niby nas utwierdzily, ze kaluza jest przejezdna. Ale rzeczywistosc okazala sie inna, kilkanascie centymetrow i juz samochod nie chial dalej sie posunac, ani do przodu , ani do tylu… co tu robic ? Dochodzila 16 godzina, za niecale dwie godziny bedzie noc, a to nieciekawe zostawac na noc w buszu, w dodatku calkowicie nieznanym. Wioska, ktora zostawilismy za soba byla oddalona o jakies 4 km. Wracac na piechote, aby poprosic o pomoc ? To bylo jedyne wyjscie. Nie ma mowy o mapach, te wioski nie sa zaznaczone na zadnej mapie…. Jednak mielismy sporo szczescia. Niedaleko nas bylo pole i tam pracowal mlody czlowiek, slyszac halas silnika, przyszedl zobaczyc co sie dzieje. Sam jednak nie dal rady, wiec poszedl po pomoc. Pomyslalam, ze jak poszedl do wioski co za nami, to bedzie to dosc dlugo trwalo. Upewniwszy sie, ze wioska, do ktorej mielismy sie udac, jest za jakies 3 km poradzilam wychowawczyni by ruszyla w droge z Adja, a my jak tylko uda nam sie auto wyciagnac z wody, jakos do nich dojedziemy.
Na cale szczescie, nie musielismy az tak dlugo czekac. Mlody czlowiek nie szedl do wioski, a jedynie na sasiednie poletko gdzie pracowali jego bracia.
W piatke wypchali samochod z wody, swymi maczetami wycieli wysoka trawe i juz wtedy latwiej moglam przejechac, moczac jedynie jedna strone kol.
Szybko dogonilsmy naszych piechorow i razem dojechalismy do wioski. Okazalo sie, ze nasza panna dosc dobrze sobie wszystko przypomniala i sama nam wskazala dom dziadka. Tam byli mile zaskoczeni jej przybyciem i jak sie dowiedzieli, ze jedziemy az z Abidjanou, bardzo nam dziekowali. Przy takiej okazji, zawsze trzeba usiasc i wyjasnic, co i jak. Mozna przy tym przyjac ich posilek, ale mysmy sobie to podarowali, nie abysmy byli syci, bo wlasciwie poza sniadaniem nic nie mielismy w ustach, ale raczej z uwagi na godzine, jaka sie zblizala, chcialam za wszelka cene dojechac do miasta aby wychowawczyni mogla jeszcze zlapac jakis autobus jadacy do stolicy.
Krotko wiec zostala opowiedzina historia, jak Adja trafila do nas, oczywiscie wszystko bylo mowione z jezyku Baulé, po francusku rozmawial tam jedynie wnuk dziaka Adjy. Dowiedzielismy sie wiec, ze mama Adjy jest chora i nie zawsze panuje nad soba i wtedy Adja otrzymywala baty, potem oddala ja do pracy do swojej znajomej, ale tam dziewczynka tez nie miala szczescia. Przez to nauczyla sie uciekac z domu i to byla jej kolejna ucieczka. Tym raem jednak obiecala nam i dziadkowi, ze juz nie bedzie uciekac. Musielismy tez poinformowac jej opiekuna o chorobie, aby uniknac innych zarazen; mamy nadzieje, ze wezmie na powaznie nasze rady.
Juz zapadala noc kiedy dotarlimsy na dworzec w Yamoussoukro. Mielismy tez szczescie, Liliane nasza wychowawczyni, znalazla jeszcze miejsce w autobusie. A my juz ze spokojnym sercem udalismy sie w strone bazyliki...
Posté le 04.04.2008 par misjedzieciradosc
Na 2 kwietnia w Yamoussoukro wyznaczylismy sobie w tym roku spotkanie misjonarzy Polakow, pracujacych na Wybrzezu Kosci Sloniowej. Data jak wiadomo zwizana jest z odejsciem do Pana naszego Ojca sw Jana Pawla II. Wlasnie dlatego chcielismy byc razem i raz jeszcze modlic sie jak nie za niego, to o szybka beatyfikacje, jak tez dzielic sie naszymi doswiadczeniami misyjnymi, naszymi radosciami i troskami. A atmosfera Wielkiej Nocy pomagala nam spojrzec na wiele spraw oczami wiary i wzniecala nadzieje, tam gdzie zniechecenie sie wdzieralo.
O nie nie bylo trudno: w grudniu pozegnalismy polskiego misjonarza, ks Wladyslawa, w Wielki Czwartek zmarl biskup w jednej z nszych dziecezji, mlody, pelen energii i nowych smialych planow, a w ubiegla sobote zginal mlody Salezjanin z tutejszej prowincji afrykanskiej. Przez lata pracowal na Wybrzezu, a we wrzesniu pojechal sluzyc mlodziezy w Mali i stamtad Pan go zawolal do siebie. Wspominalismy ich wszystkich przed Panem dziekujac za dar ich zycia i ofiary.
Yammoussoukro jest stolica kraju, trudno dzis stwierdzic polityczna czy administracyjna, ale nia jest. Tam wlasnie przed 17 laty zostala konsekrowana przez Jana Pawla II Bazylika Matki Bozej Pokoju. Ufundowal ja poprzedni Przydent i forma troche przypomina Bazylike sw Piotra w Rzymie, zreszta przekonajcie sie sami....
Posté le 16.03.2008 par misjedzieciradosc
Kiedy jest tak wiele ludzi podczas uroczystosci i udzilanie Kmunii trwaloby bardzo dlugo, jestesmy z urzedu zobowiazane pomoc kaplanom w rozdzielaniu KOmunii sw.